Lacrimosa – „Revolution”

Lacrimosa_promo_lacrimosa_com

Grupy Lacrimosa specjalnie przedstawiać nie trzeba. Wspólna twórczość, początkowo tylko Tilo Wolfa ale już chwilę później w duecie z Anne Nurmi trwa od 1990 roku. Wydany we wrześniu jedenasty studyjny album „Revolution” to kontynuacja muzycznej podróży poprzez gotyckie, symfoniczne i często również metalowe brzmienia. Dzięki świetnym albumom „Inferno”, „Stille” czy genialnej „Elodi” Lacrimosa doczekała się statusu grupy kultowej, wspieranej przez wiernych fanów na całym świecie, a polskim słuchaczom przybliżał jej twórczość wielokrotnie Tomasz Beksiński. Wystarczy chyba tego wstępu bo łatwo dotrzeć do licznych opracowań na temat Lacrimosy i jej charyzmatycznego lidera, multiinstrumentalisty Tilo Wolfa. Spisano na ten temat całe ryzy papieru jak i tony znaków w internecie. Pora skupić się na nowej płycie – „Revolution”.

Od ostatniego album z premierowym materiałem, „Sehnsucht” z 2009 roku, fanom z pewnością dłużył się czas do kolejnej płyty Lacrimosy. W międzyczasie wyszła jeszcze składanka z okazji dwudziestolecia działalności, „Schattenspiel”. Żadna składanka jednak nie zastąpi wygłodniałym słuchaczom nowych utworów. Doczekali się we wrześniu, a właściwie na jego początku gdy na półki i do odtwarzaczy trafiło „Revolution”. Z racji sławy i nie ma co ukrywać, rozpoznawalnej marki zespołu czekali również krytycy i pozostali słuchacze, którym Lacrimosa nie jest obca. Bez kłopotu premierę z pewnością przeżyli zwolennicy disco lub country, bo ich akurat takie dźwięki nie interesują. Wspomniani wcześniej rzucili się na „Revolution” z wielkim zainteresowaniem ostrząc pióra do recenzji lub wyściełając z tej okazji trumnę świeżymi kwiatami i obowiązkowo otwierając butelkę czerwonego wina. No i podzieliło się towarzystwo. Podzieliło się na tych, którzy chwalą i na tych którzy ganią. Dziwić to nie powinno, muzyka wszak wyzwala emocje i dzieli nie mniej niż polityka. Całe szczęście, że każdy ma prawo do własnej oceny płyty i wyrażania na jej temat opinii. Przyznaję, że kilkanaście z nich miałem okazję przeczytać i najwyraźniej autorom nowe dokonanie Lacrimosy nie przypadło gustu. Padały zarzuty o to, że za głośno, bez konceptu, że to już było, że nie porywa, że nie ma „przebojów”, że są „przeboje” i w ogóle, że to nie jest kolejna „Elodia” albo „Stille”. Ja nie miałem oczekiwań wygórowanych bo „Elodię” w karierze nagrywa się tylko raz, a ponad dwadzieścia lat działalności skłania mnie do oczekiwania płyty zespołu rozpoznawalnego, który nie zmieni się nagle w coś innego ale tez nie będzie wiecznie kopiował swoich dokonań z przeszłości, mimo, że z tym akurat bywa różnie. Nie jestem jednak aż takim fanem aby pamiętać dokładnie każdą kompozycję z poprzednich płyt i porównywać z aktualnymi dokonaniami.

Sam tytuł wydawnictwa może sugerować, że będziemy mieć do czynienia z muzyczną rewolucją, a przeświadczenie to wzmaga towarzyszący grupie od zawsze na okładkach klaun czy też arlekin ze sztandarem i w pozie zdecydowanie kojarzącej się z obrazem Eugene’a Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”. Rewolucji sensu stricte jednak nie ma, to nadal stara dobra Lacrimosa. Jest natomiast zdecydowanie rewolucyjna atmosfera, bo utwory dramatyczne, wywrzeszczane wręcz czy mocno motoryczne ku takiej skłaniają i tutaj doszukiwałbym się odpowiedzi na tytuł płyty. Nie jest to też koncept album i bardzo dobrze, bo tych Lacrimosa już nagrała wystarczająco wiele, a ciągnięcie tej mody w nieskończoność ku uciesze fanów rocka perwersyjnego chyba mija się z celem. Jak tu nie mówić o rewolucji kiedy taki „Interlude – Feuerzeug (part 1) wręcz zalatuje etiudą rewolucyjną w swoim plumkającym pianinie, a jego rozwinięcie Feuerzeug (part 2) doprasza się o wokalny udział Lizy Minelli i interpretację rodem z filmu „Kabaret”, razem z całą dekadencją owego okresu. Poszukiwanie tropu na Bałkanach to również nie jest zły pomysł. Niezbyt podoba mi się natomiast gitarowe solo ale skoro Tilo Wolf zaprosił dwóch tuzów niemieckiego, kwadratowego metalu w osobach Mille Petrozzy z Kreatora i Stefana Schwarzmanna z Accept, to dał panom pograć. Perełką na „Revolution” jest dla mnie „Verloren”, zarówno z elektronicznym wstępem, grzmiącym basem, łupiącą stopą i równym grzmoceniem w dalszej części. Wybuchy, napalm i Rammstein’owe skandowanie składają się w całkiem udaną całość. Dzwonów i orkiestry nie zabrakło. Równie czadowy jest kończący płytę „Revolution”, a i o „Rote Sinfonie” czy „Irgendein Arsch ist immer unterwegs” wspomnieć wypada.

Rozpisałem się być może odrobinę za dużo ale Lacrimosa nie jest wykonawcą tuzinkowym, a i płycie należy się coś ode mnie za przyjemne chwile spędzone przy zawartych na niej dźwiękach. Jeżeli mogę pozwolić sobie na apel, to uważam, że nie warto dać się zwieść niespełnionym i wygórowanym oczekiwaniom zawiedzionych, a podejść do tego wydawnictwa bez całego bagażu obciążeń i po prostu delektować się muzyką, bo „Revolution” wcale nie jest tak straszne jak je niektórzy malują. Fakt, że wampiry, dychy i wilkołaki może i przy tych dźwiękach nie pośpią ale za to mogą wyjść na barykady, a to już znaczy wiele.
Kto wie czy za lat kilka lub kilkanaście ten album nie trafi do kanonu wybitnych dokonań grupy jak to miało miejsce z gromadnie potępionym początkowo przez krytyków „Exile on Main St.” Rolling Stones, uznawanym dziś za jedno z większych dokonań zespołu.

4/5


Lacrimosa – „Revolution”
Wrzesień – 2012
Wytwórnia: Hall of Sermon

Lista utworów:
01. Irgendein Arsch ist immer unterwegs
02. If the world stood still a day
03. Verloren 
04. This is the night
05. Interlude – Feuerzug (Part I)
06. Feuerzug (Part II)
07. Refugium
08. Weil Du Hilfe brauchst
09. Rote Sinfonie
10. Revolution 

DiJ

Incoming search terms:

  • lacrimosa revolution recenzja
  • Lacrimosa com